VI Antoni
Wrzesień
Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni spędzałem czas w ogrodzie, a nie zamknięty w ciasnych, czterech ścianach biura. Dusiłem się tam. Wydawało mi się, że ze ścian nieprzyjaznym wzrokiem wpatrują się we mnie ojciec i dziadek, a winogrona na polu marnieją pod moim nosem. Od powrotu Emilii nie mogłem sobie znaleźć miejsca w dworku. Właściwie to… chyba nikt nie potrafił tego zrobić.
Katarzyna starała się pracować, choć widywałem ją, gdy spacerowała po korytarzu przed biurem. Często wychodziła również na podjazd i siadała na schodkach. Czułem, że potrzebowała pomocy, jednak nie mogłem się przemóc, by z nią porozmawiać.
Kazimierz nie pojawił się w dworku, od kiedy wyjawiliśmy wszystkim prawdę. Nie chciałem tego robić, prosiłem Emilię, by milczała, ale ona twierdziła, że swoim zniknięciem rozpoczęła walkę o naszą rodzinę. O owoce naszej trudnej miłości.
Czy oszukiwałem siebie, próbując nie dostrzegać ich problemów?
Czy może tak naprawdę nie chciałem widzieć tych pustych butelek, które Katarzyna wynosiła późnym wieczorem na śmieci?
Czy rodzina Kazimierza stała się dla mnie mniej ważna? Bo choć obiecałem Emilii, że prawda nie wpłynie na moją miłość do syna, to złość, niechęć i rozczarowanie przelałem na Paulę i Miłosza?
A Diana? I jej siostra… Czy przez rozczarowanie decyzjami syna, zacząłem te negatywne emocje okazywać niewłaściwym osobom?
– Panie Antoni, czy przynieść kawę do ogrodu?
Gosposia wyrwała mnie z zamyślenia. Spojrzałem na nią rozkojarzony.
– Pani Emilia przyjęła swoją siostrę w salonie, czy może…
– Przyjdę do biura – przerwałem jej z uśmiechem. – Niech sobie porozmawiają.
Tak naprawdę czułem strach przed spotkaniem z Luizą. Nie zamieniłem z nią ani jednego słowa, odkąd pojawiła się w dworku razem z Emilią, a po jej wyjeździe, nie ukrywam, że odetchnąłem z ulgą. Nie lubiliśmy się chyba nigdy. Ona widziała we mnie mężczyznę, który chce zrujnować życie jej siostry, a ja tłumaczyłem to wszystko zwykłą zazdrością. Tolerowaliśmy się. Po prostu. A na samą myśl, że teraz, po tym wszystkim… będzie naszym stałym gościem… aż dygotałem ze złości.
Ruszyłem do biura. Ciepłe, wrześniowe słońce tak przyjemnie ogrzewało moje obolałe ramiona, że obiecałem sobie wrócić na taras, gdy tylko zapoznam się z dokumentami, które przygotowała Katarzyna.
Drzwi do gabinetu zastałem lekko uchylone i z wahaniem pociągnąłem klamkę. Przy biurku nie zauważyłem żadnego gościa, który mógłby na mnie czekać, ale gdy tylko wszedłem głębiej i przymknąłem za sobą drzwi, dostrzegłem czy oknie znajomą postać.
– Kazimierz? – zająknąłem się.
– Witaj tato… – odchrząknął, odwracając się w moją stronę. Wyczułem w jego głosie zawahanie, jakby zastanawiał się, czy powinien w ten sposób się do mnie zwracać. A przecież znał prawdę i to już od bardzo dawna.
– Wybacz, nie wiedziałem, że przyjechałeś.
– Właściwie to… zastanawiałem się, czy powinienem przyjeżdżać. A gdy już wszedłem do dworku, nabrałem większych wątpliwości, czy w ogóle ta rozmowa jest na miejscu. – Kazimierz błądził wzrokiem po pokoju, jakby bał się spojrzeć mi prosto w oczy.
Dowiedział się prawdy przez przypadek. Nie powinniśmy z Emilią być tak nieostrożni i wyciągać brudów w kłótni, gdy nasze dzieci mogły się im przysłuchać. Choć, kto by się spodziewał, że nasz syn będzie krążył po domu o pierwszej w nocy.
– Przykro mi, że to wróciło w takiej chwili – zacząłem nieporadnie.
– Przecież byłem świadomy. Przepracowaliśmy to – przerwał mi. – A jednak teraz… nie potrafię poukładać tego w głowie. Myślisz, że wyparłem to? Taką dziecięcą ufnością, że chcecie dla mnie jak najlepiej?! – Jego głos drżał, a mój syn wyglądał na spanikowanego. Pocił się i wciąż na zmianę wyciągał dłonie z kieszeni, by znów wcisnąć je tam gwałtownie.
– Synu… – Uniosłem ręce, by jakoś go uspokoić.
Pobladł.
– Czy on wie? – wydusił, otwierając szeroko oczy. – Czy wuj wie?
– Ja nigdy mu o tym nie powiedziałem. Emilia… wydaje mi się, że również nie.
– Czy podświadomie bojąc się, że Paula zrobiła to samo co matka… nie chciałem się z nią związać? Przecież Miłosz jest do mnie taki podobny?! Dlaczego miałem wątpliwości?!
– Synu! – Podszedłem do niego gwałtownie i złapałem za ramiona, by go uspokoić. Zbyt wiele pytań zadawał, a ja na większość z nich nie znałem odpowiedzi.
– Tracę ich… – szepnął zduszonym głosem. – Miłosz mnie unika, a Paula… Jak mam uratować własną rodzinę, skoro sam czuje się zagubiony?
Chciałem mu pomóc, ale nie potrafiłem znaleźć wśród własnych myśli żadnej dobrej rady. Przez ostatnie tygodnie sam bezradnie się przyglądałem, jak moja rodzina się rozpada, trawiona chorobą. Wydawało mi się, że nie znajdę dobrego lekarstwa, że zbyt wiele złych decyzji podjąłem wcześniej, by od ich konsekwencji uratować teraz owoce tego winnickiego krzewu. Strach obezwładniał umysł i ciało i każda nawet najlepsza myśl wydawała się błaha i nierozsądna.
– Usiądź… – poprosiłem, wskazując na fotel. – Jeszcze ich nie straciłeś, a to oznacza, że wciąż możesz walczyć.
Pokręcił głową jakby mi niedowierzał. Posłusznie jednak zajął miejsce w fotelu dla gości i zaczął nerwowo bębnić palcami w podłokietniki.
– Rozczarowałem cię. Prawda? – mruknął. – Odszedłem z winnicy.
– Trochę – przyznałem, uznając, że nie powinienem brnąć w żadne kłamstwo. – Bo tą decyzją tak bardzo przypomniałeś mi brata.
Kazimierz gwałtownie odwrócił wzrok. Zabolało go to.
– Jednak osiągnąłeś wiele i to całkowicie sam. A to znów napawało mnie dumą – dodałem więc, po raz pierwszy w życiu przyznając się, że dostrzegałem w decyzjach syna coś więcej niż tylko młodzieńczy bunt, nierozwagę i złość, że nie chciał kontynuować rodzinnych tradycji. – Stawiłeś czoła nam wszystkim i udowodniłeś, że jesteś w stanie sam, spełniać swoje marzenia…
– Nie wiem, czy to było moje marzenie – prychnął Kazimierz, przytykając pięść do ust, jakby pożałował, że powiedział to głośno. – Może chciałem zrobić ci na złość? – Wzruszył ramionami. – Chce pomówić z wujem… – dodał.
Zaskoczyło mnie to, ale jednocześnie wiedziałem, że nie mogę mu tego zabronić. Mogłem jedynie przestrzec go, przed rozkopywaniem przeszłości. Konsekwencje mogły być jeszcze trudniejsze do zniesienia niż ponowne zetknięcie z tajemnicą, którą zamknął gdzieś głęboko w sercu na milion zamków i udawał, że nigdy go nie dotyczyła.
– A ja chciałbym spotkać się z Miłoszem – powiedziałem cicho, zapisując na kartce numer telefonu do Stanisława.