IX Diana
Szczepan miał po mnie przyjechać. Chciałam, żeby pomógł mi porozmawiać z Klarą raz jeszcze. Nie wiedziałam, jaki będzie tego skutek, bo ona przecież nawet go nie znała, ale chciałam spróbować. Ten ostatni raz.
Miłosz już nawet nie poruszał tego tematu. Nie dzwonił, nie skarżył się. Chyba tracił nadzieję, że Klara przeprowadzi się do niego. Wyrzucał sobie, że mógł od razu powiedzieć o Laurze, że to zaoszczędziłoby im teraz tego bólu i niezrozumienia, ale ja osobiście uważam, że to niczego by nie zmieniło. Podświadomie za sobą tęsknili i w tamtej chwili, gdy pierwszy raz po latach spotkali się w parku, świat musiał stanąć na głowie. Musiałby posłuchać mnie i nigdy nie próbować się z nią skontaktować, ale skoro już to zrobił, skoro na nowo rozbudzili to uczucie, to czułam się odpowiedzialna za to, by pomóc im się odnaleźć w tym bałaganie. Bo to wszystko było moją winą…
Byłam już prawie gotowa, gdy usłyszałam trzask drzwi naszego skrzydła. Zdziwiłam się. Odkąd ojciec mieszkał poza dworkiem, na piętrze panował spokój. Cisza i niedomówienia zakradły się w każdy kąt i nic nie wskazywało na to, że miałoby się to zmienić. Moja matka, choć nie chciała tego przyznać, była zagubiona. Przypominała mi małe dziecko, które nieźle nabroiło i teraz za wszelką cenę próbowało to naprawić, choć nie miało pojęcia jak się do tego zabrać.
Wyjrzałam z pokoju, wyciągając włosy spod koszulki, którą naprędce na siebie ubrałam.
– Mamo? – zawahałam się, dostrzegając postać wspartą o ścianę tuż przy drzwiach. Tylko nikłe światło w korytarzu pozwalało mi myśleć, że to moja rodzicielka. – Coś się stało? – zapytałam, wychodząc do niej.
Dopiero gdy podeszłam bliżej, a ona podniosła wzrok, zrozumiałam, co się stało.
– Kochanie! – wykrzyknęła z szerokim uśmiechem i się zachwiała. – Pomogłabyś mi, bo ledwo z tych szpilkach dotarłam do domu.
– Jechałaś samochodem? W tym stanie?!
Zapachu alkoholu nie można było nie wyczuć. Otulał twarz mojej matki, obłapiał jej ramiona jak najlepszy, zbyt zachłanny przyjaciel. Szeptał do ucha jakieś złudne obietnice, że będzie już teraz dobrze.
– Mamo! – warknęłam, łapiąc ją pod ramię, by nie upadła. – Piłaś?! Mówiłaś, że sobie z tym radzisz, że na terapię chodzisz…
– Wszystko przez twojego durnego ojca! – Odkrzyknęła. – Nie sięgnęłabym po wino, gdyby nie zaczął tych swoich idiotyzmów wygłaszać. – Nagle się rozpłakała, wpadając z jednej euforycznej skrajności w drugą, kompletnie ciemną i zrozpaczoną.
Zacisnęłam zęby i zaczęłam ją prowadzić do salonu, co wcale nie było łatwe, bo chwiała się na wszystkie strony. Przez salon przeszłyśmy do sypialni, gdzie posadziłam ją na łóżku i ściągnęłam wysokie szpilki z nóg. Nie mogłam uwierzyć, że nie skręciła sobie kostki albo co gorsza nie spadła ze schodów, gdy wdrapywała się tym pijackim krokiem na piętro.
– Chyba muszę… – jęknęła, przytykając dłoń do ust.
Poderwałam ją w górę i wepchnęłam do łazienki. Na szczęście była na tyle blisko, że zdążyła pochylić się nad toaletą. Zostawiłam ją samą. To nie był widok, na który w jakikolwiek sposób mogłam się przygotować. Moja matka, zawsze twarda i wyniosła. Surowa. Nieustępliwa… właśnie wymiotowała i wyła z rozpaczy.
I właśnie wtedy, gdy hamowałam własne łzy bezsilności, usłyszałam dzwonek do drzwi głównych dworku i dotarło do mnie, że przyjechał Szczepan. Punktualnie, o zgrozo! Naprawdę nie mógł się spóźnić?!
Zerwałam się, by zbiec na dół i otworzyć, ale uprzedziła mnie babka, która zerknęła na mnie zaintrygowana, gdy tylko wpuściła Szczepana do środka. Teraz nie miałam pomysłu jak wybrnąć z tej sytuacji. Babka zapewne oczekuje wyjaśnień, Szczepan nie ma pojęcia co dzieje się na górze, a jeśli tylko napomknę o wymiotującej z przepicia matce, Emilia będzie chciała z nią rozmawiać i ustawiać do pionu.
– Hej… – wydusiłam i robiąc dobrą minę do złej gry, podeszłam do mężczyzny, by uwiesić się jego ramienia. – Babciu to jest Szczepan. Poznaliśmy się jakiś czas temu… – dukałam niepewnie.
– Miło panią poznać – odparł z uśmiechem.
– Mi również. – Emilia skłoniła lekko głowę, jak to miała w zwyczaju, gdy w dworku pojawiali się goście, których ona i Antoni zapraszali do salonu przy ogrodzie.
– Poznaliśmy się jeszcze przed wypadkiem – dodał Szczepan, delikatnie obejmując moją dłoń, co trochę mnie ośmieliło. Zerknął na mnie, jakby wyczuł, że byłam spięta. – Jesteś gotowa?
– Właściwie to… – odchrząknęłam.
Nie chciałam zostawiać mamy w takim stanie samej i żeby Szczepan był świadkiem jej alkoholowego upojenia. Nie chciałam również, żeby babcia musiała zajmować się nią przez cały wieczór, bo obawiałam się, że na jednych wymiotach się nie skończy. Nikt spoza rodziny nie powinien widzieć teraz Katarzyny. Ale jeśli odprawię Szczepana bez argumentów…
– Ja… – zaczęłam, próbując naprędce wymyślić cokolwiek, co pomogłoby mi rozwikłać tę sytuację, bo oboje wpatrywali się we mnie z oczekiwaniem, gdy nagle moja matka zaczęła mnie nawoływać.
– Dianaaa! Diaaaaan!
A wołanie to było przepełnione jakimś dziwnym bólem i smutkiem. Równocześnie spojrzeliśmy w stronę schodów i już wiedziałam, że niczego przed nimi nie ukryję. Pierwsza ruszyła babka, która nie chciała słuchać moich protestów. Pobiegłam za nią, prosząc Szczepana, by dał mi jeszcze kilka minut. Wbiegłyśmy na piętro.
– Babciu może lepiej nie wchodź… – spróbowałam jeszcze powstrzymać Emilię.
– Nie bądź niemądra! Przecież wiem, co się dzieje. Myślisz, że nie potrafię rozpoznać takiego zawodzenia?! Twoja matka znów piła?!
Była wzburzona i oczywiście rozumiałam to i gdzieś w głębi serca byłam jej chyba wdzięczna za to, że nie chciała mnie zostawić z tym samej. Wbiegłyśmy do łazienki, gdzie na kafelkach leżała moja mama, brudna od własnych wymiocin, zapłakana, z rozdrapanym do krwi policzkiem. Nie wiedziałam, co mogło się stać.
– Musimy ją podnieść – zdecydowała Emilia, gdy pierwszy szok minął.
– Zostawcie mnie! – Matka zaczęła krzyczeć i wymachiwać rękami na wszystkie strony. – To wszystko moja wina! Moja wina!
– Co ty wygadujesz? Musisz wstać… – spróbowała przemówić jej do rozsądku babka, ale ona tylko ją odepchnęła.
– Przeze mnie umarł Franciszek! Przeze mnie Artur poszukał sobie innej kobiety! – Bełkotała, a oczy uciekały jej na wszystkie strony.
Pierwszy raz widziałam ją w takim stanie i naprawdę nie wiedziałam, co zrobić. Bałam się, że mnie odtrąci, bo wciąż wymachiwała rękami i odpychała nas.
– Diana…? – Usłyszałam za plecami ciche chrząknięcie. – Może pomogę…?
Odwróciłam się do Szczepana, który stał w drzwiach łazienki i przyglądał się nam z kamiennym wyrazem twarzy. Nie czekał, aż potwierdzę czy zaprotestuję. Podszedł i nie zważając na krzyki mojej matki, chwycił ją mocno i pociągnął w górę. Zamilkła gwałtownie, bo chyba uświadomiła sobie, że to ktoś obcy. Że ktoś nieznajomy właśnie zobaczył ją w tak bardzo kompromitującej sytuacji, którą będzie mógł wykorzystać.
– Wyjdź… – wydusiłam, gdy posadził ją na łóżku.
– Mogę…
– Wyjdź! – krzyknęłam przez łzy, czując upokorzenie równe temu, które towarzyszyło mi w mieszkaniu Gracjana, gdy szukałam swoich rzeczy.
Szczepan posłusznie się wycofał. Chwilę później usłyszałam, że jego samochód odjechać spod budynku. Zacisnęłam zęby. Nie mogłam teraz pokazać słabości. Musiałam ogarnąć swoją matkę, która kompletnie nie radziła sobie z własnym życiem. Rozebrałyśmy ją z babką, która milczała równie zawzięcie, jak ja i dopiero gdy nakryłam kołdrą jej nagie ramiona i upewniłyśmy się, że usnęła, zostawiłyśmy ją samą w sypialni.
– Co się stało? – zapytała Emilia, przystając na korytarzu.
– Nie mam pojęcia. Miała się widzieć z ojcem. I wróciła w takim stanie. W dodatku chyba prowadziła samochód! – wydusiłam. – Dobrze, że nic się po drodze nie stało…
– Będę musiała z nią poważnie porozmawiać… to już nie jest problem, który będzie wstanie sama zażegnać. – Babka zamyśliła się. Wyglądała na przytłoczoną.
– Dlaczego powiedziała, że śmierć Franka to jej wina? – odważyłam się zapytać, ale ona tylko pokręciła głową.
– To opowieść na inną chwilę… – wyszeptała.
Nie zdążyłam zadać kolejnego, dręczącego mnie pytania, gdy drzwi do skrzydła znów się otworzyły, a do środka wszedł Szczepan z reklamówką w dłoni. Zamrugałam gwałtownie powiekami.
– Pomyślałem, że to może się przydać, kiedy już poczuje się lepiej… – wyjaśnił pewnym głosem.
Emilia uśmiechnęła się do mnie i poprosiła, by powiadomić ją, gdy Katarzyna się obudzi. Ja nie mogłam się ruszyć, stałam tam, pośrodku korytarza, czując, że siły kompletnie mnie opuściły. Gdy zostaliśmy sami, Szczepan podszedł do mnie bliżej.
– Myślałam, że pojechałeś… – szepnęłam.
– No tak, po te rzeczy. – Znów wskazał na reklamówkę.
– Kazałam ci wyjść – przypomniałam, łamiącym się głosem.
– I wyszedłem – potwierdził, obejmując mnie ramionami. – Po te kilka rzeczy – dodał, całując mnie w czoło.
Rozpłakałam się. Nie tak miał wyglądać dzisiejszy wieczór i nie tak wyobrażałam sobie pierwsze spotkanie Szczepana z moją rodziną. Los znów chichotał za moimi plecami, a ja czułam, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa…